
Większość z nas, którzy dekadę temu zarywali noce przy Black Flag, ma do tej odsłony Assassin’s Creed absolutnie bezkrytyczny sentyment. Dla mnie Edward Kenway to nadal szczyt pirackiej fantazji w grach wideo, a morskie bitwy z łupieniem hiszpańskich galeonów i szturmowaniem fortów do dziś nie mają sobie równych. Przebrnąłem przez wszystkie części „Asasynów”, ale to właśnie czwórka trzyma mnie przy sobie najmocniej – nawet jeśli kiedyś z bezsilności rzuciłem padem i odpuściłem wbicie platyny. Powód był prosty: parkour w niektórych pobocznych misjach potrafił doprowadzić do szału. Nowe Black Flag Resynced na szczęście mocno to skakanie po dachach wygładziło, a sam remaster okazał się świetnym pretekstem, żeby wydawnictwo Gamebook wypuściło na rynek potężny, dedykowany tej grze oficjalny artbook „Assassin’s Creed Black Flag Resynced”.
I dobrze się stało, bo nowa wersja gry to coś znacznie więcej niż leniwy skok na kasę z podbitymi teksturami. Zmiany czuć pod palcami – walka stała się cięższa i brutalniejsza, każda wystrzelona z działa kula ma swój namacalny ciężar, a karaibskie wysepki obrosły gęstą dżunglą. Artbook świetnie wyłapuje to zderzenie dwóch epok. Zamiast suchej galerii dostajemy przekrój przez ewolucję projektu: od pierwszych, brudnych szkiców koncepcyjnych z 2013 roku, aż po fotorealistyczne rendery z najnowszej wersji. Zdecydowanie najmocniejszym punktem całości, który po prostu wbił mnie w fotel, są grafiki Hawany zaczynające się w okolicach sześćdziesiątej strony. To, jak graficy rozłożyli XVIII-wieczną architekturę miasta na czynniki pierwsze, ogląda się z opadniętą szczęką. Widać tu każdą dachówkę, zacieki na murach i unikalny klimat gwarnego portu, a kolejne rozdziały równie szczegółowo zabierają nas pod wodę do zatopionych wraków i na pokłady okrętów.






